Podczas jednego z ostatnich treningów z cyklu „Aktywuj się w maratonie” Trener na zakończenie życzył nam, abyśmy biegali z kenijskim luzem. Trudno było mi określić, co mógł mieć na myśli. Postanowiłam  zgłębić temat.

 

Kenijczycy (ogólnie rzecz biorąc czarnoskórzy biegacze) wiodą prym w wielu startach, począwszy od krótkich, sprinterskich dystansów, aż po maratony. Powstały liczne naukowe badania, które próbowały zgłębić ich fenomen. Mówi się o wpływie ukształtowania terenu, gdzie trenują, o gęstości powietrza, indywidualnych predyspozycjach. Co nie zmienia faktu, że trudno wyobrazić mi sobie tytułowy luz podczas biegu BC1 w tempie 3.30-4.00/ km . Mało tego, trudno mi również wyobrazić sobie możliwość startu w tym tempie nawet w 3 zakresie tętna. Podczas takiego biegu można chyba nawiązać „łączność” z Najwyższym, a to jak wiadomo przywilej dla wybranych. Podczas Nocnego Biegu Świętojańskiego w Gdyni 3 lata temu udało mi się pobiec 10 km w 49 min. Z osta- tnich 2 km nic nie pamiętam, na mecie miałam wrażenie, ze to moje ostatnie chwile. Dziś zakładając nawet, że byłabym w formie, 4 kilo chudsza, naładowana odpowiednią ilości BCAA i biegła z górki goniona przez stado dzików nie jestem w stanie osiągnąć kenijskiego luzu w tym ujęciu, ponieważ po prostu te prędkości są dla mnie nieosiągalne. Gdyby jednak spojrzeć na kenijski luz od innej strony, bardziej metaforycznej, poetyckiej. Tu mam ciekawe pole do rozważań, zważywszy, że już w liceum nie miałam problemu z rozłożeniem na czynniki pierwsze twórczości francuskich poetów przeklętych i to zupełnie na trzeźwo (a poeci Ci pisali wiersze w oparach różnych tajemniczych specyfików ). Do rzeczy… Kenijskim luzem nazwałabym, paradoksalnie, pewność siebie na linii startu. Tę niczym nie zmąconą pewność, że mam przed sobą kolejny, pełen emocji start, w którym dam z siebie maksymalnie wszystko, czerpiąc z ukrytych w najdalszych zakamarkach ciała zasobów glikogenu. Na czas biegu porzucam strach, lęki, myśli o niezrealizowanych treningach, chwilach słabości i wspomnienia nieudanych startów. Staram się nie myśleć o tym, co nie wyszło, co może się stać. W głowie panuje luz i spokój. Jakby automatycznie wtedy plecy się prostują, sylwetka nie jest już przygarbiona, ręce pracują rytmicznie, swobodnie. Nogi przestają ciążyć, a wręcz przeciwnie- sprężyście odbijają się od podłoża, przybliżając nas z każdym krokiem do upragnionego celu. Kenijski luz i spokój w głowie to pewność samego siebie i swoich mo- żliwości. On daje gwarancję na kolejne życiówki- takie na miarę naszych możliwości. Największym przeciwnikiem na trasie jesteśmy dla siebie my sami. Życzę sobie i Wam kenijskiego luzu podczas zbliżającego się wiosennego sezonu startowego. Podczas treningu dowiedzieliśmy się, że powinniśmy popracować nad tylnym wahadłem. Hmm… nie wiedziałam nawet, że takowe posiadam, a co dopiero mówić o dopracowaniu techniki. To już jednak temat na inne rozważania:)

Tekst: Marta Marczuk

 

ZOSTAW KOMENTARZ TUTAJ: