Byli jak Flip i Flap, jak Sancho Pansa i Don Kichot, jak Prezes i Macierewicz- nierozłączni. Stanowili integralną część naszych maratońskich treningów- Kamil, Rafał i Tomek. Każdy z nich z innej bajki , począwszy od budowy ciała, osobowości, stylu biegania, a kończąc na pracy zawodowej.

Rafał budził powszechne zainteresowanie od początku choćby z powodu krótkich spodni (innych podobno nie posiada), które nosił nawet w najtęższe mrozy. Zadał kłam wszelkim teoriom na temat termoregulacji organizmu i naraził na szwank polski przemysł odzieżowy. Amerykańscy naukowcy ponoć już rozpoczęli badania nad tym fenomenem .

Kamil posturą przypominał raczej koszykarza. Jego zagadkowy uśmiech, początkowe zdystansowanie i podróże do Tajlandii wskazywały na to , że pracuje dla jakichś tajnych służb. Pozory jednak mylą. Okazał się być wspaniałym organizatorem i kompanem nie tylko do biegania.

Tomek był tajemniczy i nieodgadniony zza ciemnych okularów. Stworzony wręcz do noszenia garnituru. Budził zachwyt damskiej części ze względu na pięknie umięśnione łydki .

Połączyć mogło ich tylko jedno – wspólne marzenie, aby ukończyć maraton. Być może nigdzie indziej nie przyszłoby się im spotkać. Zrządzenie losu? Ba, nie byle jakie. Cytując klasyka, gdy się pojawiali jedno było pewne, „będzie, będzie zabawa, będzie się działo”. Wystarczyło się ustawić tuż za ich plecami i trening wydawał się łatwiejszy, przyjemniejszy i jakby lżejszy. Choć zdarzało się, że z powodu gromkich salw śmiechu nie raz „wskakiwaliśmy” w drugi zakres intensywności treningu. Czyżby to była ich tajna taktyka, aby zburzyć misternie opracowany plan treningowy? Tego nie dowiemy się nigdy.

Wielu z nas niedowierzało, gdy panowie oświadczyli, że postanawiają złamać 4 godziny w maratonie. Owszem, często na treningu wyprzedzali grupę i przyspieszali. Czy to mogło wystarczyć? Myśląc logicznie i racjonalnie– nie. Jednak, jeśli nie jest się Kenijczykiem, to bieganie 42,195 m. nie jest ani logiczne ani racjonalne. Miałam to szczęście usłyszeć ich relację z maratonu. Mogłabym ją streścić w jednym zdaniu „prowadził ślepy kulawego”, ale z jakim efektem!! Pomimo pomroczności jasnej, tajemniczych głosów, kwiecistych epitetów, nienawiści do siebie samego i kolegów nawzajem, pogłębiającej się z każdym kolejnym krokiem -udało się . Pod wrażeniem był sam Minister Sportu !

Tekst: Marta Marczuk
Zdjęcie: Joanna Sztybor

ZOSTAW KOMENTARZ TUTAJ: