Wycieczka biegowa- jeden z milszych dla mego ucha oksymoronów (zaraz po tym, którego używał mój polonista z czasów licealnych „a niech cię śnieg spali”). Co wspólnego ma bieganie z wycieczką? Przeciętnemu Kowalskiemu może wydać się to niemożliwe do osiągnięcia połączenie. Brzmi bardzo niewinnie, a z czym często się wiąże wiedzą wycieczkowicze, i chyba szczególnie ich rodziny pozostawione na długie godziny na pastwę dziatwy. Założenia wycieczki są proste- zwiedzanie, oglądanie, estetyczne doznania, ciekawe rozmowy i miejsca, które w połączeniu z bieganiem mogą prowadzić do euforycznych doznań i emocji. Tu zaznaczyć trzeba ogromną różnicę między wycieczką biegową, a rajdem biegowym. Jeżdżąc 13 letnią mazdą nie wybieram się na tor Formuły 1, ale też oczekuję, że kierowca bolidu poruszając się po obwodnicy weźmie pod uwagę, że pod maską mam zaledwie małą stajnię. Będzie pamiętał też o obowiązującym ograniczeniu prędkości. Tak samo niekomfortowo czują się słabsi biegacze, gdy z wywieszonym językiem gonią za czołówką z myślą „A przecież miała być to wycieczka?”. Bieganie w grupie jest cudowne i daje dużo satysfakcji, zwłaszcza (i chyba pod warunkiem) wtedy, gdy w pełni zdajemy sobie sprawę z charakteru takiego treningu.

 

Weźmy pod uwagę przykład Stefana (wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi). Nie da się ukryć, że Stefan jest słaby, trzeba na niego czekać. Jednak nikt nie protestuje. Postawa biegaczy w tym wypadku jest pełna miłosierdzia i empatii. Nie wybieram się na treningi dla zaawansowanych biegaczy, bo wiem, że ich prędkości osiągam jedynie jadąc rowerem. Przyjemniej biegnie się w równym szyku, a niekoniecznie jedynie oglądając plecy kolegów, oddalających się w zaskakującym tempie. Świadomość, że byle jaki kleszcze, czy komar jest szybszy od Ciebie jest wystarczająco dobijająca.

 

Przede mną kolejny bieg ultra. Czego oczekuję? Mam ściśle określone i bardzo dokładnie sprecyzowane założenia: zmieścić się w limicie, zjeść coś dobrego (dużo dobrego) bez wyrzutów sumienia, poddać próbie przyjaźnie (zapytam 300 razy, czy daleko jeszcze- zobaczymy ile wytrzyma) i zdążyć do Wejherowa zanim mój mąż znużony oczekiwaniem zafunduje mi bilet na SKM. Oczekiwania wysoce nieprofesjonalne, ale dla mnie wystarczające. Jeśli trzeba będzie poczekam na Stefana, a może sama nim będę?

TEKST: Marta Marczuk
ZDJĘCIA: Joanna Sztybor

ZOSTAW KOMENTARZ TUTAJ: